Kwartalnik "Sitodruk" nr 3 - wywiad "Ciągle w ruchu"

Wywiad w zakładzie sitodrukowym.

Red.: Tradycyjnie chciałbym zacząć pytaniem; jak trafił Pan do sitodruku?

Jacek Swornowski: W przedsiębiorstwach państwowych przestałem pracować w 1976 roku. Zacząłem wówczas prowadzić własną działalność gospodarczą. Lubiłem być w ruchu, pracować nad czymś nowym. Szukałem pracy, która pozwoli mi się zrealizować. Prowadziłem w Krakowie zakład grawerski, jak na ówczesne czasy bogato wyposażony. Współpracowałem z dużymi firmami państwowymi, między innymi Hutą Katowice. Zatrudniałem kilku pracowników. Początek lat dziewięćdziesiątych to długo oczekiwane przemiany polityczno - gospodarcze. Jak pamiętamy, początek tych przemian był trudny, zaczęło brakować zleceń. Trudno było czekać aż gospodarka się "rozkręci", musiałem zająć się czymś zupełnie nowym, nowym w nazewnictwie, a mianowicie - marketingiem. Pomogło, otrzymałem z "mojej" huty stałe zlecenie na wykonywanie tabliczek znamionowych, metodą sitodruku. Stąd wzięła się nazwa firmy "Graw Druk".

Red.: Podjął się Pan tego zadania?

JS: Tak i muszę powiedzieć, że od razu trafiłem na szerokie wody. Był to druk na aluminium. Należało nanieść farbę na powierzchnię bez uprzedniego odtłuszczania. W Polsce nie produkowano tego typu farb, a zamówione przez mnie próbki w Gdańskiej Fabryce Farb nie sprawdziły się. Przez dłuższy czas musiałem jeździć po nie specjalnie do Wiednia. Tam podczas rozmów z właścicielem firmy Panem ..... poznawałem tajniki sitodruku. Poza tym musiałem szybko uczyć się nowego zawodu. Pierwszy podręcznik do sitodruku, który udało mi się zdobyć pochodził z Niemiec, a wydany został bodajże w roku 1960.

Red.: Kiedy kupił Pan pierwsze maszyny?

JS: Zaraz na początku lat 90 - tych kupiłem półautomat do sitodruku u pana Kruka z Bydgoszczy. Do dziś pracuje on u mojego brata w Lubinie.

Red.: Czyli trafił Pan do sitodruku przypadkowo?

JS: Można tak powiedzieć, choć pierwsze zlecenie zawdzięczałem wcześniejszej współpracy z Hutą Katowice. Inna była treść zamówienia, bo nie dotyczyła grawerowania, lecz sitodruku.

Red.: Jak widział Pan rozwój firmy?

JS: Byłem pewien, że ta gałąź poligrafii będzie się rozwijać i dlatego postanowiłem powoli kupować potrzebne maszyny. Zakład wyposażyłem w kopioramę i lampy krakowskiej firmy "Aped". Kierowałem się w tym wypadku jakością, ceną i serwisem. Muszę przyznać, że niektóre z nich do dziś działają doskonale.

Red.: Jak Pan ocenia sprzęt produkowany w Polsce w porównaniu do oferowanego na Zachodzie?

JS: Uważam, że ma szansę konkurowania na świecie. Jednak polscy producenci muszą zdać sobie sprawę, że najważniejsza jest obecnie efektywność pracy. Najważniejsze stało się wykonanie określonego zadania przy jak najmniejszym nakładzie kosztów, a przede wszystkim robocizny.

Red.: Kiedy zaczął Pan "badać" nowe podłoża, a nie tylko aluminium i PCV?

JS: Wymusił to na mnie rynek z tego względu, że zaczął rozwijać się rynek reklamy. Opakowania należało zaopatrzyć w kolorowe naklejki i szybko powstał rynek upominków reklamowych. Tak powstawał zakład, inwestycje które poczyniłem wymuszał rynek. Kupiłem tamponiarki, sitodrukarki do druku płaskiego i maszynę do druku na przedmiotach okrągłych. Ponadto najbardziej rozpowszechnione były farby konwencjonalne, dlatego pojawienie się farb UV spowodowało konieczność zakupu nowych urządzeń i prób druku na nowych podłożach.

Red.: Gdzie podglądał Pan tę technologię?

JS: Jak już wspomniałem, dużo nauczyłem się w trakcie wizyt w Wiedniu. Ponadto czytałem podręczniki, które przywozili mi koledzy pracujący w tej branży w Niemczech i w Polsce. Szczególnie interesował mnie druk na tekstyliach oraz druk płaski farbami konwencjonalnymi i UV. Poznanie technologii i rynku pozwoliło mi na ukierunkowanie produkcji.

Red.: Co zaliczyłby Pan do największych osiągnięć?

JS: Przede wszystkim ciągły rozwój firmy. Od lat mam ustabilizowaną załogę, na której mogę polegać. Ponadto działający na początku lat 90 - tych Polsko - Amerykański Fundusz Rozwoju Przedsiębiorczości bardzo mi pomógł. Oferował niskooprocentowane kredyty i długie terminy spłat, a rynek zaczynał się przecież dopiero tworzyć. Pozwoliło mi to na zakup gruntu, budynku i maszyn. Jeśli chodzi o najchętniej wspominany zadruk, jest to niewątpliwie współpraca z Państwowym Muzeum Narodowym w Oświęcimiu - Brzezince. Od 1996 roku przygotowujemy specjalne materiały na wystawę poświęcone martyrologii Polaków i Żydów.

Red.: Czy zakład zawsze tak wyglądał?

JS: Tutaj była kompletna ruina, a zaczynaliśmy od 45 m2. Teraz dysponujemy powierzchnią 300 m2 i budynkiem w dobrym stanie technicznym.

Red.: Którą pracę uważa Pan za najważniejszą?

JS: Każda praca jest ważna. Jednakże druk w sepii pierwszej ekspozycji dla Muzeum w Oświęcimiu, który przedstawiał przygarbioną staruszkę z dzieckiem idących po selekcji "drogą śmierci" do komory gazowej. Ta praca wywarła na mnie głęboką refleksję.

Red.: Czasy są trudne. Z jakim Pan się teraz boryka problemami?

JS: Za najważniejszy uznałbym fiskalizm państwa. Takie działania przytłaczają małe oraz średnie przedsiębiorstwa i hamują ich rozwój, a przecież nie są one przyczynami kłopotów finansowych państwa. Drugi problem wynika z recesji, która na Zachodzie zaczęła się dwa lata temu i od kilkunastu miesięcy jest obecna w kraju. Możemy zaobserwować powiązania pomiędzy gospodarkami w świecie. Skutkiem tego jest fakt, że pojawia się na rynku ostatnio coraz więcej niewypłacalnych dłużników, a firmy windykacyjne wyrastają jak grzyby po deszczu. Wczoraj usłyszałem w "Wiadomościach" informację, że Polska, jeśli chodzi o termin rozpatrywania spraw w postępowaniach cywilnych i gospodarczych, jest dwu i trzykrotnie gorszy niż na Węgrzech i w Czechach, a wynosi około trzy lata.

Red.: Czy macie Państwo obecnie podobny problem?

JS: Rok temu wygrałem jedną sprawę w sądzie, a niedawno złożyłem do sądu dwa kolejne pozwy. Jedna z nich dotyczy podmiotu z Katowic, który naciągał kolejne firmy. Wspólnie z kolegami złożyliśmy wniosek do Prokuratury Rejonowej w Katowicach o wszczęcie postępowania. Myślę, że w takich przypadkach konieczne jest wspólne działanie.

Red.: Pocztę pantoflową, która działa w SSP, można porównać do "Czarnej Listy Dłużników".

JS: Staramy się o takich nierzetelnych podmiotach wzajemnie informować.

Red.: Mimo przeciwności "Graw Druk" rozwija się nadal. Wiem, że macie Państwo własną stronę w Internecie.

JS: Przed trzema laty założyliśmy własna stronę internetową i zauważamy ciągły wzrost zainteresowania. Uważam, że jest to doskonała forma komunikowania i zdobywania wiedzy o rynku. Od niedawna budujemy nową stronę internetową.

Red.: Pan był jednym z twórców Stowarzyszenia Sitodrukarzy Polskich.

JS: Między innymi z kolegą Pawłem Depą oraz prof. Andrzejem Smoczyńskim brałem udział w posiedzeniach założycielskich.

Red.: Co dało Panu Stowarzyszenie Sitodrukarzy Polskich?

JS: Dzięki członkostwu w SSP mogłem poznać środowisko, nawiązałem wiele przyjaźni. Pozwoliło mi to na dalszy rozwój własny i firmy.

Red.: SSP organizowało szereg wyjazdów za granicę, które ze szkoleń uważa Pan za najciekawszy?

JS: Chyba najważniejszy był wyjazd do Szwajcarii do firmy "Sefar". Myślę tak ze względu na to, że tak ważna staje się w Polsce ochrona środowiska. Szwajcarzy maja to opanowane do perfekcji.

Red.: Dziękuje za rozmowę.

JS: Dziękuję.